Grafika z prawej strony przedstawiająca logo europejskiego miasta nauki katowice 2024, tekst Miasto Region Akademia Grafika z prawej strony przedstawiająca logo europejskiego miasta nauki katowice 2024, tekst Miasto Region Akademia
Strona główna 9 Proza 9 HERETYCKIM SZLAKIEM

Skrawki

HERETYCKIM SZLAKIEM

utworzone przez 

#Prolog
– Anomalia –

Jej koszula, choć zakrwawiona, nie przywierała do pleców. Już to świadczyło, że musiała być bystrzejsza od większości skazanych, którzy nie szczędzili sobie bólu zrywania tkaniny razem ze skórą na każdym kolejnym przesłuchaniu.

Zignorowała go, gdy wszedł do jej celi, nie wzdrygnęła się na przenikliwy pisk zardzewiałych zawiasów, zamykanych drzwi. Pomimo ran od bicza, stała prosto i dumnie, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Nie mógł stwierdzić, czy nie wynikało to, aby ze sztywności obolałych mięśni. Patrzyła w górę, wyglądając przez zakratowany rdzawymi prętami świetlik, nie mogąc dostrzec tam nic poza nieskazitelnym błękitem letniego nieba. Znajdowali się na szóstym piętrze wieży głównej dykasterii Świętego Oficjum, to jest Inkwizycji, w Tegirze. Cela ta zdecydowanie należała do tych wygodniejszych, przeznaczonych dla arystokratów.

– Kim jesteś? Czego chcesz? – zapytała kobieta głosem ogołoconym ze wszelkich barw i lekko ochrypniętym.

Nie wydawała się złamana, ale raczej znużona kolejnym dniem pobytu w więzieniu i bezowocnymi wysiłkami swoich oprawców. Jej umysł był silny, nienaturalnie silny i stanowił zagadkę najznamienitszych teologów, którzy w tej chwili debatowali nad arkanami magicyzmu, zgromadzeni tłumnie na wcale nie odległej Białej Wyspie. On natomiast przybył do miejsca, w którym trzymano ową anomalię, by chwycić się ostatniej szansy na udowodnienie własnej teorii w tej sprawie. By to osiągnąć, musiał wejść w rolę adwokata diabła i stanąć przeciwko własnemu kościołowi.

– Nazywam się Azenalard de Clemanges. Jestem Wielkim Arkanistą zakonu Świętego Tremidora. Przyszedłem z tobą porozmawiać panno de Velaise.

Jej ramiona uniosły się wraz z głębokim, powolnym wdechem i dopiero gdy opadły, pozwoliła sobie na odwrócenie się ku niemu. Poruszała się jak drewniana kukiełka, by nie sprawiać sobie zbędnego bólu. Twarz miała posiniaczoną, a włosy krótkie, niedbale ścięte jednym ruchem noża. Gdyby teraz spróbować ją porównać do rodowego portretu, można by mieć trudności ze znalezieniem podobieństwa. Trzymała ręce skrzyżowane na piersi, dopasowując workowaty więzienny strój do kształtu swego ciała; pozwalało jej to ukryć czubki palców, które najpewniej były pokrwawione i pozbawione paznokci.

Spojrzała na niego.

– O czym takim strażnik arkan mógłby chcieć rozmawiać z biedną, wyklętą heretyczką? Jeśli jesteś tu by mnie przesłuchać, tak jak tamci inkwizytorzy, to wiedz, że i tak nic ci nie powiem. – Jej oczy powędrowały w dół, wprost na lewą rękę arkanisty – Twój diament również na mnie nie zadziała.

Diament, jeden z ośmiu magicznych kamieni w kanonie magicyzmu, miał moc panowania nad ludzkim umysłem, włamywania się do płynących myśli, zasiewania sugestii, otrzeźwiania i usypiania zmysłów.

– I to jest dokładnie ten powód, dla którego tu jestem. Twoja nadludzka odporność na ten konkretny rodzaj magii wzbudziła wielkie zainteresowanie wśród hierarchów kościoła. Nie mam złych zamiarów, chcę tylko porozmawiać.

Wbiła weń wzrok, mrużąc niemal niezauważalnie prawą powiekę.

– Wszyscy tak mówią. Jeśli chcesz jakkolwiek zachować swoją wiarygodność, okaż choć trochę kurtuazji i zdejmij z ręki tę broń, gdy do mnie mówisz.

Azenalard przytaknął. Dziewczyna miała rację, nie stanowiła dla niego zagrożenia, a tym prostym gestem mógł wiele zyskać. Uniósł dłoń, na której nosił wskaźnik. Był to magiczny artefakt z białego złota, przypominający płytową rękawicę, ale bez folg osłaniających palce. Ten konkretny, z racji jego rangi, był wykwintnie grawerowany i miał w sobie wszystkie osiem magicznych klejnotów oraz podłużny kryształ kwarcu – umieszczony na długim, sięgającym niemal do łokcia mankiecie – ogniwo dla energii magicznej – Eteru. Szybkim ruchem odpiął grzechoczące klamerki i zdjął urządzenie.

– Nie musisz się martwić, nie jestem tu po to, by wyciągać z ciebie informacje o twoich współpracownikach. Wręcz przeciwnie, chciałbym, w pewnym sensie, zostać jednym z nich. Może usiądziesz? – zapytał, wskazując na łóżko.

Dziewczyna prychnęła.

– Nie wypada siedzieć, kiedy duchowny stoi – stwierdziła, robiąc jednak co innego. Usiadła na skraju łóżka, oparła dłonie za plecami. Westchnęła przeciągle, pozwalając bólowi się ulotnić. – Chyba że jesteś naukowcem, a nie duchownym – dodała.

Azenalard ruchem stopy przysunął przed siebie taboret i położył na nim wskaźnik. Wyprostował się i splótł dłonie za plecami.

– Mówisz tak, jakby to były przeciwieństwa, choć wcale tak nie jest. Nie różni nas bowiem tak wiele, oboje badamy magię. Sęk w tym, że ty robisz to nielegalnie.

– To dlatego, że ja uprawiam prawdziwą naukę – podkreśliła – a nie tą wypaczoną przez zabobony i uprzedzenia komedię, którą ty się zajmujesz.

Uprzedzano go, że będzie miał do czynienia z apostatką, ale na wszystkich świętych, nie przypuszczał, że będzie aż tak bezczelna.

– Co próbujesz tu osiągnąć? – zapytała.

Azenalard wziął głęboki wdech, próbując zachować stoicki spokój.

– Będę z tobą szczery, panno de Velaise. Całkowita odporność na działanie diamentu nie jest czymś naturalnie występującym. Ba! Nie jest nawet czymś nadnaturalnym, bo nawet wyższe demony Bezczestu nie są w stanie mu się w pełni oprzeć. A skoro wykonany na tobie egzorcyzm nie przyniósł oczekiwanych skutków, każe nam to sądzić, że źródło owego zjawiska nie jest demoniczne, a…

– Boskie? – dokończyła wyraźnie nieprzekonana.

– Dokładnie. Moja teoria jest taka, że anomalia będąca twoim udziałem może mieć coś wspólnego z powtórnym nadejściem Demiurgów.

Dziewczyna uniosła brwi. Najwyraźniej nie spodziewała się tak śmiałego stwierdzenia z jego strony.

– Czworo Spośród Pięciu? Na jakiej podstawie tak sądzisz? Do jakich ksiąg zakazanych mają dostęp Wielcy Arkaniści? Nie są mi znane żadne przepowiednie, które zostałyby objawione od czasu powstania Orolegronu. W końcu tym właśnie miała być Oś Świata, Wieczna Latarnia, czyż nie? Obecna era miała się już nigdy nie skończyć, tak zapisano w tych waszych księgach.

– Hm, czytałaś ewangelie – stwierdził, kryjąc zaskoczenie. Wyciągnął dłonie zza pleców i skrzyżował ramiona na piersi. Ten niepozorny ruch, pozwolił mu na nowo zebrać myśli. – Masz rację – rzekł jej prosto w oczy – nie ma nowych proroctw. To do czego dotarłem w swoich studiach, to pewne ustępy z księgi Deianren, która po swoim pierwszym objawieniu bywała określana mianem nieprzeniknionej. Ta i inne wzmianki, o tym, czego z użyciem swej mocy dokonywała, sugerowałyby, że wrodzona wrażliwość na eter przejawia się niejako w odporności na zewnętrzne sugestie, zakłócające wspólną autonomię duszy i umysłu. Ponadto, jak pewnie wiesz stare proroctwa, sprzed Ery Orolegronu wyraźnie stwierdzały, że ostatnie Wypaczenie, nie było pierwszym. Mówiły nam, że historia się powtarza i musi się powtórzyć po raz kolejny. Czemu więc nie mielibyśmy uważać ich za wciąż obowiązujące, tylko dlatego, że istnieje teraz Orolegron?

Ku jego zaskoczeniu, dziewczyna uśmiechnęła się, by potem krótko się roześmiać.

– Nigdy w życiu nie słyszałam tak absurdalnej insynuacji. Ha! Ja przecież nawet nie wierzę w tego waszego wyimaginowanego boga, i to niby ja miałabym być potrójnie już, chyba, objawioną Deianren?! – Pochyliła lekko głowę, roztrzepując krótkie włosy. – Nie rozśmieszaj mnie starcze!

Azenalard zadrżał. Na krótką chwilę, wezbrał w nim gniew, chęć odwetu, za poczynione bluźnierstwo, lecz nie po to przez prawie czterdzieści lat studiował pyrop, by tak łatwo dać się wyprowadzić z równowagi.

– Posłuchaj mnie, dziewczyno. Nie ma znaczenia, czy uważasz ten pomysł za absurdalny, czy też nie. Chodzi o to, że nie możemy pozwolić sobie na jakikolwiek margines błędu. – Pochylił się nad nią. – Jeśli faktycznie coś w tobie jest… nie mówię, że od razu musi to być dusza Deianren, ale chociażby jakaś poszlaka w kierunku odkrycia prawdy, to spalenie cię na stosie, może całą ludzkość słono kosztować.

– Aż tak się tego boisz? 

– Inkwizycja, chce cię zabić, bo ich upokorzyłaś – kontynuował – bo uraziłaś ich wielką dumę. Oni muszą cię zabić, by zachować twarz. Twoją jedyną szansą jest zatem pójść ze mną, by stanąć przed Orolegronem, a wtedy już wszystko się wyjaśni. Niestety, by to zrobić musisz poddać się mysteriałowi pokuty i wyprzeć się wszelkiej herezji, której się dopuściłaś. Takie prawo, a ja mam tu związane ręce.

Spojrzała w stronę okna, potem znów na niego, z trudem, jakby jej kark zamontowano na zardzewiałej ośce.

– Nie mam zamiaru tego zrobić.

Azenalard cofnął się o krok.

– Co? Dlaczego?

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

– Spójrz tylko na mnie. Zabraliście mi wszystko, co było moim celem w życiu, wszystko, co kochałam. Zabraliście jedyną rzecz, która mogła przynieść odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Odpowiedzi, których nie chciał mi dać wasz magicyzm, ani wasza teologia. Naprawdę myślisz, że porzucę wszystkie ideały humanizmu, by się z tobą teraz sprzymierzyć?

– Zginiesz, jeśli tu zostaniesz.

– I co z tego?! – jęknęła. – Wolę umrzeć niż z wami współpracować.

Sytuacja była trudna. Azenalard wiedział, że nie może sobie pozwolić na klęskę, będzie musiał wyjść stąd z jakimś konkretem, nieważne jakim. Od tego zależy przyszłość procesu, a może i całego kościoła.

– Nie bądź nieracjonalna – upomniał ją. – Zadam ci kilka pytań, które może pomogą rozjaśnić ci umysł.

Ta przewróciła oczyma.

– Czy żałujesz, że się tu znalazłaś?

– Żałuję, że nie byłam bardziej ostrożna. Żałuję, że nie przewidziałam tego, jak bardzo szalona jest moja matka.

Azenalard uniósł jedną brew. Czuł, jak jego duma powoli staje się próżna, jak jego autorytet kruszeje. Nie miał żadnej władzy nad tą dziewczyną ani z racji swej pozycji społecznej, ani z mocy diamentu. Był całkowicie rozbrojony, a obowiązująca hierarchia wartości zawaliła się z momentem wejścia do tej celi. Miał do czynienia z uosobieniem podważonego porządku rzeczy.

– Czy żałujesz tego, co zrobiłaś?

– Nie próbuj mnie tu na siłę rozgrzeszać. Nie, nie żałuję.

– Czy żałujesz tego, że nie potrafisz tego żałować?

– Nie, kurwa! – krzyknęła, wstając. Natychmiast się skrzywiła, gdy jej ciałem wstrząsnął przenikliwy ból. – Przestań klecho! – stęknęła przez zaciśnięte zęby. – Nie mam zamiaru się z tobą układać, już ci to powiedziałam. – Pogroziła mu palcem. – Wiesz, dlaczego nienawidzę kościoła?  Dlaczego tak się nim brzydzę i nim gardzę? Ponieważ wszyscy jesteście tacy sami. Tak wiele mówicie o miłości bliźniego, o wybaczaniu, a w rzeczywistości chcecie jedynie, by wszystko było po waszemu i na waszych zasadach. A kiedy ktoś się wam sprzeciwi, zakuwacie go w kajdany i przypalacie rozgrzanym żelazem. To jest ta wasza łaska?

– Mylisz miłość ze sprawiedliwością – rzucił machinalnie.

– Oczywiście, że tak! – zawołała, rozrzucając ramiona na boki. – Zawsze tak jest. Żadnych odpowiedzi na zasadnicze pytania, tylko kolejne frazesy!

Gdy opuszczała ręce, na chwilę zastygła w jednej pozycji, wydając z siebie kolejne stłumione stęknięcie. W kącikach jej oczu mimowolnie pojawiły się łzy.

– Spokojnie dziecko, nie ma tu powodów do gniewu.

– Mam dwadzieścia lat, żadne ze mnie dziecko – skwitowała, siadając ponownie. – Co zaskoczony? No tak, wielce to dziwne, że książę Velaise pozwolił pierworodnej córce przeżyć tyle lat bez zamążpójścia. Ale wiesz co? Ja wcale nie chciałam i szczerze powiedziawszy, jestem wam nawet wdzięczna, że aresztowaliście mnie na tydzień przed moim ślubem.

Może to była jakaś metoda? Pozwolić jej się wygadać poprzez wyrażanie oburzenia? Nie doprowadzi to raczej do wyznania grzechów, ale nuż dowie się od niej czegoś ciekawego.

– Czy było to jakoś powiązane z twoją matką?

– Czyżby inkwizytorzy nie zdradzili ci szczegółów mojego aresztowania? Ciekawe.

– Zdradzili. Twoja matka doniosła im na ciebie. Jednakże tu wspomniałaś, że była szalona.

– Bo była. Miała schizofrenię… znaczy, mam nadzieję, że miała schizofrenię.

Ton jej głosu zmienił się znacząco. Ale z jakiego powodu?

– Brzmisz, jakbyś bała się tego, że twoja matka nie miała schizofrenii.

Jej spojrzenie uciekło gdzieś na bok. Milczała chwilę w zadumie.

– Tak… bo to by znaczyło, że moja przypadłość nie została odziedziczona i… faktycznie ma podłoże magiczne.

Azenalardowi rozbłysły oczy.

– Nie ma czegoś takiego jak magiczna schizofrenia – stwierdził. Uniósł dłoń, by uprzejmie powstrzymać ją przed skomentowaniem tego. – Czy w twoim życiu wydarzyło się coś, co można by zakwalifikować jako zdarzenie nadnaturalne? Niezależnie od tego, czy wierzysz, czy nie?

Zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem. Na jej poobijanej twarzy walczyły ze sobą dwie emocje – szydera i smutek; kącik jej ust podrygiwał, nie mogąc się zdecydować, który wyraz przyjąć. Wreszcie wygrał smutek. Najpierw opuściła głowę, a potem zgarbiła się i oparła łokcie na kolanach.

– Cóż… jakkolwiek bym tobą gardziła, myślę, że jeśli ty nie znasz odpowiedzi, to nikt jej nie zna.

Kapłan przykucnął, by ich twarze znalazły się na tej samej wysokości.

– Zamieniam się w słuch.

– Odkąd pamiętam, odkąd miałam trzy… czy cztery lata, miewam jeden i ten sam sen, ale tylko jeden dzień w roku. Dzieje się to w Święto Nowego Światła… moja psychiatra stwierdziła, że to przez nagromadzenie eteru w powietrzu.

Było to najważniejsze święto w kościele magicystycznym, tego dnia Orolegron przeżywał coroczne apogeum swojej aktywności. Uwalniał wówczas znaczne ilości magicznej energii, tworząc zorzę widoczną w całym cesarstwie Irellos, a nawet poza jego granicami. 

– Wielu ludziom przytrafia się tej nocy śnić prorocze sny, a potem doświadczać deja vu.

Spojrzała na niego spode łba.

– Nic z tych rzeczy – warknęła. – To nie były zwykłe sny, to były wizje. Sprawiały, że zachowywałam się…  inaczej. Sprawiały, że moi rodzice dziwnie na mnie patrzyli. Trwały tak długo, jak było widać zorzę… i słyszałam głosy.

Dziewczyna zamilkła na chwilę, wyprostowała się, wzięła głęboki wdech i zadała mu najdziwniejsze pytanie jakie w życiu słyszał.

– Kto jest uwięziony w Orolegronie?

Azenalard wzdrygnął się. Wybałuszył oczy. Wstał gwałtownie.

– Co?! – krzyknął z niedowierzania.

– Kto jest uwięziony w Orolegronie?

Mag spojrzał na nią. Otworzył usta, ale nie był w stanie nic powiedzieć. Był Wielkim Arkanistą od dwudziestu lat i nigdy za swojej kariery, ani w ogóle za swojego życia, nie usłyszał, ani nie przeczytał takiego zdania, nawet w najstarszych księgach.

– C-co masz przez to na myśli?

– Woła mnie w każde święto… Znaczy nie mnie osobiście, po prostu woła, ale ja go słyszę.

– I… co takiego słyszysz? – ściszył głos niemal do szeptu.

– „Jestem pomiędzy rzeczywistością a kłamstwem”, to pierwsze zdanie… Dalej mówi coś o tym, że Demiurgowie ponieśli klęskę i Bezczest nie jest do końca zapieczętowany… Potem, coś o klejnocie, którego mamy się strzec. Pamiętałam to, gdy się budziłam, a potem się to rozmywało… Nie mogłam znaleźć odpowiedzi, więc po prostu od czternastego roku życia nie spałam tej nocy, co trochę pomagało. Całe szczęście od mojej psychiatry dostałam czarnoziel, który sprawił, że wizje przestały się pojawiać.

Oboje zamilkli na dobre kilka minut.

– To jak? – Spojrzała na maga, który wciąż pozostawał w stanie nieopisanego zdumienia. – Jeśli znasz odpowiedź na moje pytanie, wtedy zgodzę się z tobą pójść i pozwolę się rozgrzeszyć.

Azenalard nagle poczuł w sercu ciemną i głęboką pustkę. Nigdy wcześniej nie czuł się tak bezradny.

– Nie – jęknął – nie mam pojęcia, o czym mówisz… Żadna z tych rzeczy nie jest zapisana w księgach, to nie… to jest niemożliwe.

Heretyczka uśmiechnęła się z wyrazem niczym nieokiełznanej ironii.

– Ty, Wielki Arkanista, strażnik tajemnic magicznych, nie wiesz co się dzieje z Orolegronem.

Czuł, że się poci. Otarł czoło rękawem. Zaczął nerwowo krążyć po celi.

– Może źle cię oceniłem… może nie jesteś Demiurgiem, a prorokiem… To by miało sens. Może to przepowiednia końca czasów, którą przegapiliśmy, a którą… – Doskoczył ku niej nagle. – Mówiłaś, że czarnoziel zapobiega wizjom?

Przytaknęła.

– Na Boga! – zawołał, łapiąc się na głowę. – Jak moglibyśmy być tak ślepi, jak mogliśmy pozwolić, byś wpadła w ręce tych bluźnierców.

Zauważył, że dziewczyna spogląda na niego co najmniej skonfundowana.

– Nie zamierzasz dać się rozgrzeszyć?

– Nie dałeś mi odpowiedzi na moje wątpliwości, więc nic się nie zmieniło.

– Nieważne. Muszę czym prędzej przedstawić twoje świadectwo eklezjachonowi i konklawe.

Zawrócił i podszedł do drzwi. Złapał za klamkę, lecz w ostatniej chwili zwrócił się do niej.

– Bądź zdrów, Rynnelio de Velaise – rzekł i otworzył drzwi.

Gdy je zamykał, usłyszał tylko ponure, grymaśne „idiota”, wypowiedziane przez Heretyczkę.

Redakcja Gosia Banek
Grafika Ilja Trochanowski