Grafika z prawej strony przedstawiająca logo europejskiego miasta nauki katowice 2024, tekst Miasto Region Akademia Grafika z prawej strony przedstawiająca logo europejskiego miasta nauki katowice 2024, tekst Miasto Region Akademia
Strona główna 9 Proza 9 KAŻDY Z NAS

Skrawki

KAŻDY Z NAS

utworzone przez 

Zastanawiam się, w jaki sposób oddać tę historię. Jak zapisać ją, by zaczynała się wielką literą? By każde zdanie się nią zaczynało? Jest to o tyle trudniejsze, że trzeźwość mąci mi zmysły. Zastanawiam się, czy jako członek pewnej, powiedzmy, społeczności, mogę o niej pisać w formie „my”? Czy tym słowem mogę zacząć moją opowieść? Wydaje mi się, że wyrażenie „każdy z nas” lepiej oddaje to, jacy razem byliśmy samotni. Tak więc pozwolę sobie rozpocząć, żywiąc nadzieję, że będę w połowie tak dobrym autorem, jak konsumentem wszelkiego rodzaju trucizn.

Każdy z nas trafił tu z jednego powodu, który miał swoje powody – tym razem zupełnie odmienne, ale nie będę ich wymieniał, ponieważ kartka, na której piszę, sama zwinęłaby się z bólu, a ja nie mam ich więcej. Jednak ten ostateczny powód, którym była szeroko pojęta narkomania, sprawił, że społeczeństwo wypluło nas, całych we flegmie, zamówiło nam po taksówce i wysłało do miejsca, w którym, z naszej własnej winy, trzeba nas było naprawić. Tego słowa właśnie w owym miejscu używano, choć ja bym się z nim nie zgodził. Nie dlatego, że ludzi się nie naprawia, ponieważ takim na wpół żywym zwłokom, jakimi byliśmy, faktycznie mogłoby się to przydać, ale dlatego, że to założenie nie miało racji bytu. Nawet jak chwycisz brudną szmatę z ulicy, wyciśniesz ją, wypierzesz i załatasz dziury, dalej będzie tylko szmatą. Nawet gdy nadasz jej nowe, pięknie brzmiące imię, takie jak, powiedzmy, „Teraz-Już-Trzeźwy”, nie zmieni to jej istoty. Istoty bycia może i zaopiekowaną, ale wciąż szmatą. Szmaty nie mają kręgosłupa, a tym bardziej kręgosłupa moralnego, nie są więc w stanie chodzić i spełniać obowiązków człowieka. Taka jest smutna prawda.

W miejscu, do którego przez cierpienie, rozżalenie i rozczarowanie przewiozła każdego z nas taksówka, czekali na nas ludzie w czystych ubraniach i z szerokimi uśmiechami na ustach. Przez lśniące zęby uciekło parę słów powitania:

– Witaj w domu. Jedynym, na jaki cię stać, bo nie musisz za niego płacić, chociaż powinieneś. Nie martw się, odpłacisz nam swoją czarną duszą, jeśli ją jakkolwiek posiadasz. Rozpalimy nią ogień w kominku, żeby było ciepło i przyjemnie. Mamy nadzieję, że będzie ci tu dobrze. Pamiętaj o szacunku do innych i do samego siebie. Tylko tego tutaj wymagamy. Dalej, wchodź do środka. Rozgrzej się, ty parszywcze.

Nie wiem, na ile dobrze usłyszałem, ale wszedłem do środka na chwiejnych nogach. I właśnie we wnętrzu tego budynku, naszego nowego domu, przekonałem się, że jedyna rzecz, której tu rzekomo wymagali, była i tak nieosiągalna dla każdego z nas. Naszym gardłom brakowało chyba jakichś strun głosowych odpowiedzialnych za odnoszenie się do siebie z szacunkiem. A może to kwestia tego, że nasze żyły nie chciały pompować tak zatrutej krwi do serca, więc po prostu odcięły je z obiegu? Zresztą, nawet bez jakichkolwiek zaburzeń, jak mielibyśmy wprowadzić tę zasadę w życie, jeśli każdy z nas zdawał sobie sprawę, że jesteśmy tu ze sobą jak śmieci na wysypisku? Je się niszczy, a nie mówi się im „proszę” czy „dziękuję”. Nie to było jednak w tym miejscu najgorsze. Najgorsza pozostawała wszechobecna czystość. Z prochów, mam na myśli. I podłogi, i okna, i meble, a w końcu, po długim prysznicu, także ja. Wszystko błyszczące i pachnące. Czyste. Problem w tym, że ja nie wiedziałem, jak być czysty w środku.

Zespół odstawienny miotał moją duszą, szarpiąc ją na kawałki, a ludzie nie chcieli dać mi niczego, co by pomogło. I to właśnie miało pomóc. Nie denerwowało mnie wcale, że jestem pod opieką obcych ludzi, że nie mam ani władzy nad sobą, ani nawet głosu. Moje „dzień dobry” zwykle pozostawało bez odpowiedzi. Denerwowała mnie jednak tylko jedna jedyna rzecz.

Brak proszków.

Nie pamiętałem nawet, czy miałem mamę. Tęskniłem tylko za tym.

Chodziłem po domu cały poszarpany, bez kilku palców, które odgryzłem z głodu. Głowa trzymała się wprawdzie jeszcze na karku, ale na paru zaledwie ścięgnach. A te mięśnie, które pozostały, napinały się wciąż i rozluźniały, za każdym razem tylko na kilka sekund. Biegałem przez to po ścianach, a czaszka obijała się o plecy, sprawiając, że to, co pozostało z mózgu, wibrowało dniami i nocami z nieznośną częstotliwością.

Po jakimś czasie, którego nie byłem w stanie określić jakkolwiek dokładniej, lekko mi ulżyło. Głowa wciąż ledwo się trzymała, wciąż byłem również okaleczony, ale wibracje zdelikatniały. Dałem radę pójść na zajęcia organizowane dla każdego z nas przez ludzi z zewnątrz.

Niestety, pierwsze, na które poszedłem, okazały się też ostatnimi. Nie było mi potrzebne więcej. Pojawiło się na nich coś, co nazwałem Koniunkcją Sfer, jak w Wiedźminie. Wyszły ze mnie potwory, a zarazem jakiś rodzaj magii i, jak Starszy Lud, otrzymałem szansę ewakuacji do mniej zniszczonego świata. Nastąpił po prostu efekt motyla, a ruchem skrzydełek były właśnie owe zajęcia – arteterapia. Inaczej mrugnięcie światełka w ciemnym świecie, drgnięcie przedsionków mojego martwego serca. Pani prowadząca arteterapię była motylem, dlatego że miała w sobie życzliwość.

Każdy z nas siedział przy stole. Pani Motylek fruwała wokół nas z nieśmiałym uśmiechem, kładąc na stole kartki.

– Rysujcie, co chcecie, narkomani – mówiła raz po raz, ale, choć wciąż powtarzała to samo, za każdym razem słyszałem to trochę inaczej, zastanawiając się, skąd czerpała takie informacje. – Rysujcie, co chcecie, ofiary. Rysujcie, co chcecie, skrzywdzeni. Rysujcie, co chcecie, chodzące wyrzuty sumienia.

Czy mi się wydawało, czy jej skrzydełka rozpylały w powietrzu coś na kształt… miłości? Poszanowania? A może empatii? Zachciało mi się kichać. Spojrzałem na kartkę i pomyślałem o tym, co mogłoby znaczyć „co chcecie”. I działa się dziwna rzecz, bo kiedy Pani Motylek się oddalała, kredki rozrzucone po stole ogarniała szarość, czerń i biel, w różnych odcieniach. Kiedy jednak przelatywała obok mnie i to coś, co spadało z jej skrzydełek, niczym przejrzysta mgła przejmowało na chwilę mój punkt widzenia, stawały się różnorako kolorowe, takie jakieś zachwycające. Była to bardzo dziwna odmiana ostatnich czasów. Tak więc brałem je na ślepo, rysując rewolwer. W tych chwilach odmiany widziałem, że jest kolorowy, przez resztę czasu był po prostu czarny. Gdy skończyłem, jakaś nagła odraza wzięła mnie na widok tego rysunku. Dopisałem więc: „Nie lekceważ ludzi z rewolwerami.”. Przez jakiś czas trwała względna cisza, a każdy z nas siedział pochylony nad swoim obrazkiem. Głowa w dół tak, jak być powinno. Gdy większość skończyła, mieliśmy pokazać, co narysowaliśmy. Na kartkach znajdowały się głównie prochy, czasem jednak pojawiał się dom, a jeden z ćpunów stworzył obraz swojej żony. Gdy przyszła moja kolej, Pani Motylek zapytała:

– A co tam pan dopisał? – pochyliła się nad kartką i przeczytała: – „Nie lekceważ ludzi z rewolwerami.”. Hm, no, myślę, że to jakoś odnosi się do mojej ilustracji. Bo ja też przez ostatnie minuty coś narysowałam.

Pokazała nam swój rysunek. Widniała na nim pochylona nad stołem głowa, zupełnie taka jak każdego z nas. Z oczu postaci spływały łzy.

– Teraz tak sobie myślę, – mówiła dalej. – że też powinnam coś dopisać.

Wzięła długopis, którego ja wcześniej użyłem do napisu, zanotowała coś na własnej kartce, po czym pokazała nam ją ponownie.

„Nie lekceważ ludzi z uczuciami.”

Redakcja Julia Cichoń
Grafika Ilja Trochanowski