Grafika z prawej strony przedstawiająca logo europejskiego miasta nauki katowice 2024, tekst Miasto Region Akademia Grafika z prawej strony przedstawiająca logo europejskiego miasta nauki katowice 2024, tekst Miasto Region Akademia
Strona główna 9 Proza 9 ZA SZYBĄ

Skrawki

ZA SZYBĄ

utworzone przez 

W naszym skromnym miasteczku najbardziej charakterystyczną drogą jest ulica Zawiła. Jej nazwa wywodzi się najprawdopodobniej z tego, że niełatwo wskazać fragment, który przebiegałby w linii prostej – pełna jest zawijasów i rozmaitych zakrętów, jak również skrzyżowań i rozwidleń, co stwarza przyjezdnym wiele trudności.

A odwiedzających nam nie brakuje. Mówię „nam”, ponieważ mam przyjemność mieszkać przy owej drodze, niedaleko pobliskiego parku, do którego codziennie po południu, dokładnie o godzinie dwunastej trzydzieści, udaję się na spacer.

To taka moja tradycja – punktem kulminacyjnym każdego dnia, udanego czy też nie, należy uczynić wyjście na podwórze i udanie się do parku przy ulicy Zawiłej.

Moje życie nie należy do najciekawszych, od jakichś dwudziestu lat rzeczy nie imają się zmian, a ja egzystuję samotnie, lecz w sposób mnie zadowalający.

Wstaję około godziny siódmej rano. Niegdyś nie lubiłem wczesnych pobudek, zwłaszcza gdy moja rodzicielka krzyczała z pokoju obok, bym zwlekł się w końcu z łóżka i udał do szkoły, jeżeli nie chciałem się spóźnić na zajęcia. Osobiście nie miałem nic przeciwko temu, aczkolwiek odmowa i tak nie wchodziła w grę, gdyż po dokładnie czterech minutach wyciągała z kieszeni wysłużonej błękitnej sukni argument, brzmiący mniej więcej jak:

„Wstawaj natychmiast, bo zawołam tatę.”

Dziesięć sekund później opłukiwałem już twarz zimną wodą, a następnie zasiadałem do śniadania, na które zazwyczaj było ciepłe mleko w białym głębokim talerzu i lekko wyschnięta bułka.

Cóż, śniadanie nie należało do moich ulubionych posiłków.

Trzynaście minut później ubierałem się i wychodziłem do szkoły, zazwyczaj sześć minut wystarczało mi na dojście na miejsce.

Ale do rzeczy, wstaję około siódmej rano i od kiedy nikt mnie nie budzi i nie straszy wołaniem ojca, nie mam problemu z wczesnym rozpoczynaniem dnia. Czyli od jakichś czterdziestu lat, jeśli się nie mylę.

Najpierw budziła mnie matka, później żona, a teraz budzę się sam.

Jestem skazany na samotność, ale może to i dobrze się składa. Usłyszałem kiedyś teorię, że moja osobowość sprawia, iż ludzie dookoła wolą przenosić się na tamten świat niż żyć ze mną.

Nigdy się nie sprzeciwiałem. Widzę nawet pewną pokręconą logikę w tych słowach.

Więc wstaję o tej siódmej rano i idę umyć twarz; to akurat nie uległo zmianom na przestrzeni tych wszystkich lat.

Następnie otwieram drzwi mojego małego mieszkanka przy ulicy Zawiłej i podnoszę leżącą na ziemi gazetę, która będzie mi towarzyszyć przy porannej kawie i bułce z masłem. Czytaniem i rozwiązywaniem krzyżówek nudzę się o godzinie trzy po dwunastej i z bijącym mocno sercem rzucam czarno-biały papier na stół, a sam zaczynam się szykować na mój popołudniowy spacer. Jest to wydarzenie najbardziej intrygujące w ciągu mojego dnia, więc zasługuje na porządne przygotowanie.

Grzebykiem przeczesuję włosy, a raczej to, co z nich zostało, i zakładam na siebie mój najlepszy frak. Nie jest, co prawda, najnowszy, czas niczego nie oszczędza, jednak ciemnobrązowa tkanina jest najbardziej elegancką, jaką posiadam.

O godzinie dwunastej dwadzieścia cztery pastuję buty. Tak niezwykła podróż zasługuje w końcu na odpowiednią celebrację.

Wreszcie wybija godzina dwunasta trzydzieści, a ja mogę wyruszać.

Jak już mówiłem, mieszkam bardzo blisko parku, więc dostanie się tam nie zabiera mi zbyt dużo czasu. Kilka minut i docieram na miejsce.

Najistotniejszym elementem podróży jest jednak obserwacja. Czas, gdy mogę usiąść na mojej ulubionej, brązowej, doświadczonej przez życie ławce z odpadającymi kawałkami farby i wpatrywać się w otaczający mnie świat. W ludzi.

Proszę mi wybaczyć, pamięć chyba mnie już zawodzi; w końcu najlepsze lata mam dawno za sobą. Zapomniałem wspomnieć, co charakteryzuje naszą ulicę i czyni ją tak wyjątkowym miejscem.

Okna. Wszędzie jest pełno okien. Każda witryna sklepowa jest przeszklona. Każdy dom, mieszkanie ma przezroczyste szyby wyglądające na każdą stronę świata.

To bardzo wygodne rozwiązanie – ludzie nie muszą wchodzić do środka, aby zobaczyć, czy jest tam przedmiot, którego szukają. Mogą po prostu stanąć przed budynkiem i zajrzeć przez szybę.

Są one niezwykle czyste, wypolerowane na błysk. Mogłyby nawet, oglądane pod odpowiednim kątem, uchodzić za lustra. A to dlatego, że widać w nich wszystkie emocje malujące się na twarzach przechodniów.

Rozpoczynam więc swoją obserwację, poprawiając ubranie przy siadaniu na ławce, aby się nie pogniotło. Powinienem wszakże nieustannie okazywać szacunek wobec momentu, na który czekam przez tyle godzin.

Patrzę.

Słyszę znienacka swoje imię. To moja sąsiadka, pani Mruczewska, udała się na spacer ze swoim grubym czarnym jamnikiem.

– Dzień dobry. Tym razem udało się panu być przede mną.

Zawsze jestem tu przed nią, ale poprawianie jej wydaje się nie na miejscu.

Kiwam jej głową w geście powitania.

Uśmiecha się lekko, przyjaźnie. Jej pies łasi mi się do nogi. Wyciągam rękę, aby go pogłaskać.

– Piękny mamy dziś dzień, nieprawdaż? – rozgląda się dookoła i mruży oczy przed ostrym słońcem. – A w co pan się tak wpatruje?

Postanawiam uchylić przed nią rąbka mojej tajemnicy. Kącik moich ust się unosi, po czym odpowiadam:

– W szyby, miła pani. Szyby mówią więcej niż ludzie.

Pani Mruczewska marszczy brwi i wraca spojrzeniem do mnie. Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Odchrząkuje cicho. – No nic, nie przeszkadzam panu dłużej. Miłego dnia!

Odchodzi, chociaż jej pies ewidentnie polubił moją nogę oraz korzyści płynące z merdania ogonem i patrzenia w moje oczy. Jego pani musi pociągnąć lekko za smycz, by czworonóg udał się w ślad za nią.

Odwracam od niego spojrzenie i napotykam wzrok idącego żwawym krokiem młodzieńca o włosach czarnych jak smoła. Przeczesuje je palcami jednej ręki, zupełnie jakby był zdenerwowany. Pochyla lekko głowę z grzeczności i chwilę później odwraca wzrok. Kieruje się w stronę sklepu jubilerskiego.

Jeszcze tego o mnie nie wiecie, moi drodzy, jednakże uwielbiam dopowiadać sobie historie, widząc tych wszystkich ludzi idących wzdłuż ulicy Zawiłej.

Młody chłopak wygląda na góra dziewiętnaście lat. Ma na sobie podarte spodnie i luźną ciemną bluzę. Trochę przypomina mi siebie samego. W innych czasach, w innym świecie, ja również byłem lekko roztrzepany i odgarniałem moje, wówczas gęste i zdrowe, ciemne włosy z oczu na znak zestresowania.

Zatrzymuje się przed owym sklepem, tak jak podejrzewałem, a ja widzę jego oblicze w szybie, która pełni rolę lustra.

„Co widzisz?” to najcudowniejsze pytanie, na które dzień w dzień czekam z niecierpliwością. Na to, aby je sobie zadać i móc udzielić odpowiedzi.

Widzę, że mruży oczy, zupełnie jak pani Mruczewska chwilę temu, jednak tym razem powodem nie są oślepiające promienie słoneczne. Sprawia wrażenie, jakby zapomniał okularów i usiłował odczytać cenę jednego z naszyjników na wystawie. Albo bransoletki. Lub kolczyków. Jego oczy poruszają się szybko i nie jestem w stanie określić, na który przedmiot zerka w danej chwili.

Nagle jego rozbiegane spojrzenie nieruchomieje, a źrenice się rozszerzają. Znalazł to, czego szukał. Stoi przed złotem, a żeby kupić złotą biżuterię potrzeba mnóstwa pieniędzy.

Prawdopodobnie grymas na jego twarzy bierze się właśnie z odczytania ceny na małym bileciku. Sięga do kieszeni i wyciąga portfel. Zagląda do środka, klnie szpetnie i chowa go z powrotem. Najwidoczniej nie ma przy sobie wystarczającej ilości gotówki.

Niemniej jednak, wciąż stoi przed szybą i wpatruje się w upatrzony przedmiot. Musi mu na nim naprawdę zależeć. Spojrzenie chłopca jest tęskne.

Być może ma to być prezent na Dzień Matki, który zbliża się nieubłaganie. Istnieje także prawdopodobieństwo, że chce kupić podarunek dla swej dziewczyny z okazji rocznicy związku.

Albo bez okazji.

Czyżby miał siostrę, która niebawem będzie obchodzić urodziny, a on pragnie sprawić jej niezapomniany prezent?

Kręci głową i pociera kark. Kilka sekund później spuszcza wzrok i powolnym, zrezygnowanym krokiem udaje się dalej, wzdłuż ulicy Zawiłej.

Moje oczy zmuszone są więc go porzucić. Szkoda, że nie został tu dłużej.

Wtedy napotykam wzrokiem dziewczynę, mającą góra czternaście lat. Jest ubrana cała na czarno, ręce chowa w kieszeniach kurtki. Wpatruje się w jedną z szyb, dzięki czemu mogę zobaczyć emocje malujące się na jej twarzy. Jej spojrzenie jest zamglone, zupełnie jakby to jakaś obca istota sterowała jej ciałem. Jakby wcale nie zamierzała tu przychodzić. Jej policzki są zaróżowione, pomimo braku wiatru.

Drżącą dłonią odgarnia z twarzy niesforny kosmyk włosów, który wyplątał się z jej warkocza. Ma bardzo ciekawy kolor włosów – coś pomiędzy brązem a rudym.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, jej oczy robią się szkliste, a po policzku spływa łza. Jedna.

Wyciera ją szybkim ruchem nadgarstka i mruga, usilnie starając się pozbyć wiszących nad nią wspomnień. To jedyny moment, w którym pozwoliła sobie na taki upust emocji.

Wtedy podchodzi do niej dorosły mężczyzna (ma identyczny kolor włosów, więc bardzo możliwe, że to jej ojciec) i z troską w oczach kładzie jej dłoń na plecach, a ona zerka na niego przez ramię. Nie, nie ona. To ta obca osoba spogląda przez jej źrenice. Spojrzenie na powrót ma nieobecne. Odwraca wzrok i wchodzi po schodkach do zakładu pogrzebowego, on idzie zaraz za nią. To w trumnę tak się wpatrywała.

Ktoś bliski musiał ją opuścić.

Ptaki zaczynają głośno śpiewać na gałęzi nad moją głową, przerywając moje rozmyślania.

Rozpraszają smutek.

W moim polu widzenia pojawia się staruszka (wygląda na trochę starszą ode mnie). Jest niska i podpiera się laską. Owinęła głowę chustą w kwiaty, spod której wystają siwe włosy. Ma na sobie długą suknię i beżowy sweter. Rozgląda się na boki, w czym przypomina mnie. Wygląda, jakby podziwiała uroki tego świata. Zatrzymuje się przed jedną z szyb. Zagląda do środka, a na jej twarzy pojawia się nostalgia. Jej wargi układają się w sennym uśmiechu. Wspomnienie. Taki wyraz twarzy najczęściej mają ludzie, którzy pozwalają, aby władzę nad ich myślami przejęły wspomnienia. Kobieta wspomina dawne czasy, czasy swej młodości, gdy wszystko wyglądało inaczej. Czasy, kiedy była szczupła jak osa, pełna wdzięku, urody i siły witalnej, a jej oczy lśniły blaskiem możliwości. Przedtem. Lecz te czasy już nigdy nie wrócą. Uśmiech znika, zamiast niego pojawia się melancholia. Marszczy brwi, wygląda przy tym, jakby robiła to nieświadomie i wznawia swą podróż, oddalając się tym samym od witryny salonu sukien ślubnych.

Czyżby jej mąż odszedł? To o ich weselu myślała?

Słyszę głośne kaszlnięcie z prawej strony. Odwracam głowę i moim oczom ukazuje się około trzydziestoletni mężczyzna. Jest zaniedbany, brudne ubrania na nim wiszą. Nie golił się od dawna, a nie mył jeszcze dłużej. Ciągnie za sobą wózek pełen puszek, prawdopodobnie wiezie je na złom.

Pyta mnie, czy nie mam żadnej do wyrzucenia.

Nie mam.

Zamiast tego kładę mu banknot dwudziestozłotowy na dłoni.

Spogląda na mnie z wdzięcznością i pochyla głowę.

Odchodzi, a ja nie spuszczam go z oczu.

Staje przed jedną z szyb. Uśmiecha się szeroko, jego oczy się zwężają. Wygląda, jakby nie mógł uwierzyć we własne szczęście, wbiegając do sklepu spożywczego. Wózek zaczeka na niego na zewnątrz.

A moją uwagę przyciąga stojący nieopodal chłopczyk. Dziecko musi mieć zaledwie siedem lat. Z mojego miejsca dostrzegam zielony siniec na jego buzi. Z rozchylonymi ustami wpatruje się w okno jednego z pobliskich domów. Okno jest uchylone, domownicy korzystają z ciepłego powietrza tego dnia. To jednak nie widok z wnętrza zatrzymuje spojrzenie chłopca. Jest zbyt niski, aby cokolwiek zobaczyć.

To dźwięk.

Śmiech wydobywający się ze środka.

Śmiech dorosłych, zagłuszany przez radosne krzyki gromadki dzieciaków. Biegają i gonią się, a ich rodzice wpatrują się w nich z nieskrywaną dumą i czułością.

Obracam głowę.

Dzieciak stojący na chodniku ma twarz zalaną łzami. Płacze w ciszy. Może nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.

Płacze w taki sposób, w jaki się tego nauczył.

W strachu przed zgoła przeciwnym wrzaskiem. Przerażony wizją nakrycia na takowym zachowaniu.

W strachu przed ojcem wracającym z pracy.

Wtem zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje dookoła niego. Ogląda się w obie strony i przechodzi przez ulicę. Nie zatrzymuje się, by patrzeć przez kolejną szybę. Otwiera drzwi apteki, a dzwoneczek zwiastuje przybycie nowego klienta.

Wówczas dostrzegam bezdomnego wychodzącego ze spożywczaka. Kupił chleb, bułki i szynkę.

Cieszę się, wiedząc, że przynajmniej on ma lepszy dzień.

Zerkam na zegarek. Dochodzi czternasta. Pora się zbierać.

Podnoszę się więc i ruszam nonszalanckim krokiem w stronę domu.

Wciąż towarzyszy mi świergot ptaków. Pogoda uległa zmianie – teraz powiewa chłodny wietrzyk.

Zatrzymuję się jak wryty, choć nie miałem takiego zamiaru. Podświadomie wybrałem drogę obok kawiarni. Niegdyś często tam bywałem.

Szyld „Pod wiśnią” nigdy nie został zmieniony. Drewno nosiło na sobie znaki czasu, jednak rycina wciąż jest czytelna.

Biorę głęboki wdech. Teraz to ja stoję i patrzę przez szybę.

Niemalże mogę nas tam zobaczyć. Mnie i ją. Kiedyś. Dawno, dawno temu.

– W innym świecie. W innym życiu – wyszeptałem.

Kochała to miejsce. Fascynowała ją atmosfera panująca w środku. Kawiarnia przy ulicy Zawiłej słynęła bowiem z nadzwyczaj miłej obsługi, pysznej kawy, znakomitych ciast i dobrej muzyki, która akompaniowała naszym wizytom w tym miejscu.

Wychodziliśmy w każdy piątek. To dlatego przetrwałem najgorsze chwile mojego życia.

Śmierć matki.

Przełknąłem ślinę.

Śmierć ojca.

Dzięki niej.

I tym przeklętym spotkaniom w środku.

Sprzedawczyni podchodzi i uchyla okno, chcąc wpuścić nieco świeżego powietrza do dusznego wnętrza przepełnionego zapachem świeżo mielonej kawy, a do moich uszu dociera muzyka. W gardle mnie ściska, gdy wpatruję się w siedzących tam ludzi. Wesołych, uśmiechniętych, pełnych życia.

Przypominających mnie.

Przypominających nas.

Czuję gorące krople na mojej twarzy, wycieram je szybko i podejmuję podróż wzdłuż ulicy Zawiłej.

Spacer chyba jeszcze nigdy nie zajął mi tak dużo czasu.

Otwieram drzwi do mieszkania. Włączam radio.

– Jest godzina szesnasta…

Unoszę brwi. To ci dopiero.

Spaceruję, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Normalnie o tej porze siadam przed telewizorem, ale tym razem nie mogę się na to zdobyć. Czuję się nieswojo i nie wiem, z czego to uczucie wynika. Pamiętam dni, gdy o podobnej godzinie wracałem biegiem do domu, aby jak najszybciej odrobić lekcje i wyjść na dwór z kolegami.

A także późniejsze czasy, kiedy robiłem dokładnie to samo, jednak chodziło wówczas o potrzebę i chęć wyjścia z Nią.

Z mojego gardła wydobywa się dźwięk niebezpiecznie podobny do szlochu.

Teraz już nikt nie czeka na mnie na zewnątrz. W środku zresztą też nie. Nikt nie obserwuje mnie zza szyby, jak ja obserwuję innych.

Przecieram twarz dłońmi. Kto by pomyślał, że nadejdą czasy, kiedy nie będę mógł przeczesywać włosów palcami, tak jak tamten dziewiętnastoletni chłopak.

Siedzę w bezruchu przez kilka minut, po czym podnoszę się i kieruję w stronę drzwi. Moje nogi wydają się ciężkie, a każdy krok jest bardziej ociężały od poprzedniego.

Nie wiem, jakim cudem mi się to udało, ale znajduję się na piętrze niżej i pukam do mieszkania pani Mruczewskiej.

Nie mija dziesięć sekund, gdy jej głowa pojawia się w drzwiach. Na jej twarzy widnieje zaskoczenie.

– O, to pan. Czy mogę jakoś pomóc?

– Proszę jedynie pamiętać, pani Mruczewska, że szyby mówią więcej niż ludzie. Oni potrafią ukrywać swe prawdziwe uczucia, jednakże szyby… Szyby to lustra. Lustra emocji, pragnień, marzeń i lęków. Proszę patrzeć na nie, nie na nich.

Mruga. Nie daję jej szansy na odpowiedź. Odwracam się na pięcie i ruszam w górę schodów. Wyobrażam sobie, jak trybiki w jej mózgu się obracają i próbują zrozumieć, co właśnie jej powiedziałem.

Nie zatrzymuję się przed moimi drzwiami.

Najwidoczniej dzisiaj jest dzień wybierania innych dróg.

Za dzieciaka bawiliśmy się z kolegami kłódką zabezpieczającą drzwi prowadzące na dach budynku. Stoję teraz przed nią i obracam ją w ręce. Cóż za zmyślny mechanizm, skoro jedenastoletnim chłopcom udało się go przechytrzyć.

Rześkie wieczorne powietrze chłodzi moją twarz. Tak, dokładnie tego było mi trzeba. Muszę zachować trzeźwość umysłu.

Uśmiecham się sennie i próbuję uspokoić rozszalałe serce. Mam wrażenie, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Staram się je ujarzmić i wytłumaczyć, że nie szykujemy się na spacer do parku przy ulicy Zawiłej, gdy staję na gzymsie i spoglądam w dół.

Kiedy robię krok, a moja stopa traci kontakt z podłożem przepełnia mnie jedynie nadzieja.

Nadzieja, że ludzie przez szyby dostrzegą więcej niż ja kiedykolwiek byłbym w stanie powiedzieć.

Redakcja Magdalena Hrabak
Grafika Emilia (Tosia) Suszek