Skrawki

KLĄTWA WIOSKI CHŌSHI
Kilkaset lat temu, mniej więcej w połowie XVII w., piractwo i grabież miały swój rozkwit. Kościół surowo je potępiał – lecz co dają słowa ludzi duchownych na upór śmiertelników? Piraci ani myśleli słuchać słów księży i mnichów oraz dalej zabijali niewinnych i bezbronnych, rżnąc ich jak baranki na ofiarę pogańskim bożkom.
W tym czasie w Japonii krążyła legenda. Legenda o tajemniczym chłopcu, który miał się począć w kulminacyjnym punkcie sławy piratów i zakończyć ich działalność straceniem łotrów morskich – tym samym nastałby kres bezmyślnym morderstwom. Niektórzy znali tę historię jako przepowiednię czarnoksiężnika z Akito, tamtejszego szamana posiadającego wiedzę z początków cywilizacji i będącego biegłym w shintõ. Legenda stała się jego osobistym upadkiem i klątwą morskich łupieżców. Dotyczyła ludzi złych i podłych, którzy mieli zostać wytępieni po wymówieniu jej w pradawnym języku japońskim. Aby zadziałała, wystarczyło ją wypowiedzieć jeden raz. Jednak wygłoszona po raz drugi, stawała się śmiertelną bronią dla wszystkich znajdujących się w okolicy.
Część osób stanowczo przeczyła, by te legendy miały wątek wspólny. Inni wręcz przeciwnie. Krążyły nawet wersje spajające obie opowieści w jedną całość. Nie budziło jednak wątpliwości, jak bardzo przypowieść zakorzeniła się w japońskich duszach targanych żalem.
Choć nikt nie znał słów klątwy, ślepo wierzyli w nią wszyscy obywatele miast portowych. Piraci kłopotali mieszkańców – porywali im żony i dzieci oraz łupili majątki. Znane były też historie, w których, stając w obronie niewiast, sami walczący ginęli od spluw pirackich zgrai. Rzadko trafiały się rozboje w głąb lądu, choć wyjątkiem byli pradawni Wikingowie.
Nawet jeśli złą sławą chełpili się piraci berberyjscy czy japońscy, to angielscy morscy rozbójnicy spod Hastings byli najgroźniejsi. Nie znano ich zbytnio w Europie, ale ta grupka piratów uparła się szczególnie na Kraj Kwitnącej Wiśni. Żerowali najczęściej na lud zaraz po burzach i tornadach, bowiem pod osłoną trzęsień ziemi, deszczów monsunowych i tajfunów łatwo było im się ukryć. Co więcej – ciężkie warunki atmosferyczne sprzyjały grabieży drogocennych resztek dobytków, niezadawalających innych piratów, łaknących naraz skrzyń pełnych złota.
Najczęściej pod osłoną nocy grupka ta polowała od wschodu, od strony Oceanu Spokojnego, na japońskie wioski, rzadziej na miasteczka. I tak też było tym razem.
Pacyficzne prądy sprzyjały poruszaniu się niepostrzeżenie – mimo licznych szczątek domostw pływających po lustrze wody. Uniwersalna piracka bandera, znana jako „Jolly Roger”, czyli śmiejąca się czaszka kościotrupa na tle ułożonych na skos kości na motywie skrzywionego krzyża, zwisała smętnie, poruszając się od czasu do czasu przy lekkiej, nocnej bryzie. Z kolei okazały statek, choć mniej popularny od Czarnej Perły czy Latającego Holendra, całkowicie zbudowany z nieziemsko wypolerowanego merbau, najbardziej znanego ludzkości ze względu na swoją odporność na wilgoć drewna, odbijało każde źródło światła i oślepiało na połowę mili morskiej (w przybliżeniu na 900 metrów, a więc około kilometra). Stąd ten statek określano mianem „Błyszczącej Bestii”. Lecz nawet Błyszcząca Bestia nie mogła równać się z ogromem zniszczenia, które piraci zastali w Chōshi.
Strach już zdążył ogarnąć większość załogi spoglądającej na tysiące postrzępionych desek ułożonych nierówno na kamieniach albo dryfujących nonszalancko. Potem napotkali mgiełkę, która dodatkowo wzbudziła ich panikę, gdyż pojawiające się zupełnie znikąd drewniane belki, szmaty czy skrawki ubrań przypominały im o topielcach.
Następnie eskapada przysporzyła im ciarek na plecach.
Kiedy zaczęli zbliżać się do brzegu i z minuty na minutę byli już coraz bliżej, niespodziewanie mgła, która zmusiła ich do zwiększenia czujności, zagęściła się. Tym razem zamiast ujrzeć kontury budynków, albo skał, albo nawet ruin wioski czy lustra dotychczas spokojnej wody, w oczach piratów ukazał się obraz tamtej burzy, z której wyłoniło się niszczycielskie tsunami.
Na horyzoncie zaczęły gromadzić się pośród nadchodzącego zmroku ciemne chmury symbolizujące nadchodzące nieszczęście. Potem zbierało się ich więcej i więcej, aż w końcu złowrogie kłęby zakryły jakiekolwiek prześwity nadziei, rozmywającej się tęczowej poświaty zachodu słońca wyglądającego do tej pory niczym podbiegunowa zorza. Teraz pozostała po nim tylko martwa pustka.
Zapanował mrok. Zgubny mrok, z którego niespodziewanie lunął deszcz jak z cebra. Następnie na ziemi ukazało się piekło w całej swojej krasie. Z chmur zaczęły uchodzić niebezpieczne pomruki, a za nimi niebo rozjaśniały diabelne pioruny, które targały domy na strzępy, tworząc z nich bloki opadające na siebie niczym kostki domina. Cegły i fundamenty pękały w pół, aby potem ponownie jeszcze bardziej się kruszyć. Z czasem do działalności burzy dołączyły się potężne fale tsunami zalewające i pochłaniające dobytki, dlatego z czasem wioska ta zniknęła z powierzchni ziemi na trzy dni, dopóki wichura nie ustała. Wówczas czar prysł i piratom zmyła się z oczu wizja, ukazując plażę z wrogo wbitymi w piach deskami, płótnami i zarysami pozostałości domów.
Kiedy postawili pierwsze stopy na lądzie, ogarnął ich niezmierzony niepokój, jakiego jeszcze nigdy wcześniej nie czuli. Nie potrafili normalnie iść. Trzęśli się od stóp do głów.
– Co to było? – pytali liczni majtkowie, jak i reszta załogi starszych wiekiem, lecz nikt nie ważył się odpowiedzieć, jakby ich zatkało.
Dopiero po pewnej chwili odpowiedział im kapitan, który – mimo że miał zaledwie trzydzieści sześć lat – nazywany był już postrachem mórz. Jego wypowiedzi towarzyszyła grobowa cisza.
– Nie mam pojęcia, załogo – odchrząknął słabo resztką głosu, co było zupełnie do niego niepodobne.
„Jego również oniemiało” – pomyśleli zebrani. Bowiem do tego kapitana, zazwyczaj piorunująco przerażającego, z pewnością nie pasowała uległość. W wieku dziesięciu lat potrafił uciec z domu rodzinnego i włóczyć się po świecie, kradnąc i pijąc alkohol. Kiedy tylko usłyszał o piratach, wkręcił się w temat i rozpoczął naukę u pewnego mędrca a zarazem mistrza sztuk walki – byłego samuraja z Japonii, wygnanego z kraju za przemyt sake, tradycyjnego japońskiego alkoholu na bazie ryżu. A teraz co? Tak po prostu się przeląkł?
Po wypowiedzeniu swojej opinii kapitan zwrócił się do byłego sensei, japońskiego mędrca starszego wiekiem i zarazem świetnego geografa, który pomimo swoich lat trzymał się dobrze. Jego dojrzałe rysy twarzy u jednych budziły podziw („Ile on już musiał przeżyć! Musi być piekielnie dobry w swoim fachu!”), a u drugich grozę („Wygląda jak jakaś mara nocna! Strach się bać!”). Mimo wszystkich opinii starzec ten z długą, siwą brodą i w skromnym, purpurowym kimonie, ledwo przypominającym odzienie ze względu na liczne dziury, przez które wystawały czarne szaty noszone pod tradycyjnym japońskim strojem, nadal miał błyskotliwy umysł.
– Możesz nam wytłumaczyć, starcze, dlaczego ujrzeliśmy tę katastrofę? – spytał go kapitan wciąż drżącym głosem, choć odrobinę już ochłonął.
Przez chwilę nic nie mówił, gdyż były mentor zmierzył go tym swoim wzorkiem starszego Japończyka, byłego samuraja, dając mu do zrozumienia, aby się nie rozczulał. Z tego powodu kapitan – niby recytując wiersz, a z uwagi, że nigdy ani jedna strofa nie padła z jego ust, słowa wylewały się z niego jak u przerażonego szaleńca, tracącego zmysły – dodał:
– Kto nas sprowadził w to miejsce tamtego dnia zagłady? Czyżby jakaś mara? Syrena? Morski stwór? A może czarnoksięskie zaklęcia!?
– Oj, nie – odparł pochmurnie starzec, jak za dawnych lat, kiedy robił za jasnowidza. – To mi wygląda na klątwę, padawanie. A, uwierz mi, chłopcze, znam się na wróżbiarstwie, czarnoksięstwie i czarach.
Na samo słowo „klątwa” załoga się zlękła. Lecz tym razem kapitan nie dał się opanować strachowi.
– Komu w drogę, temu czas, chłopcy! – odparł nagle, wracając do swojego srogiego tonu, który każdemu zmroził krew w żyłach i przypomniał o swoich pirackich obowiązkach. Następnie kapitan zmierzył wszystkich złowrogim wzrokiem i dolał oliwy do ognia, dodatkowo ich przerażając, jakby było im mało strachu na dziś. Kompanię również wystraszyły jego słowa. – Za mną, szczury lądowe!
Załoga ruszyła za kapitanem wzwyż, bowiem droga, która prowadziła do wioski, wiodła przez na niski pagórek. Niestety nie było to jedyne utrudnienie. Do stale zwiększającego się wzniesienia i konieczności używania resztek sił w nogach do maksimum, doszła słaba widoczność. Powodowała ją siarczysta mgła, spotęgowana unoszącym się dosłownie wszędzie piachem, który blokował każdy ruch i rozmazywał rzeczywistość. Żadna z owych przeszkód nie sprzyjała kompanii. Dodatkowo, mieszanina piachu i wiatru formowała się w kształty przypominające duchy zmarłych, co doprowadziło już parunastu korsarzy, będących na skraju wytrzymałości psychicznej, do szczytu paniki i ucieczki. Tym sposobem zbłądzili ze znanych ścieżek i spadali z klifów, co kończyło się dla nich śmiercią.
Ostatecznie została ich tylko garstka możliwa do policzenia na palcach jednej ręki. I właśnie wtedy okazało się, że znaleźli się na szczycie niziny, a w zasięgu ich wzroku znalazła się pewna poświata pochodni, dająca im nadzieję na odnalezienie żywych dusz oraz chwili ochłonięcia. Kiedy podeszli bliżej, okazało się, że pochodni jest więcej i są ustawione bardzo równomiernie, a także… że lewitują.
Niespodziewany atak paniki ponownie ogarnął kilku piratów, którzy byli już gotowi zawrócić. Z podziwem patrzyli, jak mędrzec i kapitan dzielnie mknęli naprzód. Zlęknieni piraci spoglądali na siebie raz po raz, aż w końcu uznali, że nie mają już nic do stracenia i podążyli za śmielszymi od nich. Ustawione w rzędzie pochodnie okazały się oświetlać jakiś budynek, który wcześniej był niewidoczny z daleka za sprawą mglistej aury.
Po podejściu do budynku piraci zauważyli, jak kapitan zmierza ich oceniającym wzrokiem. Bali się konsekwencji niesubordynacji. Przełknęli ślinę w gardłach, czując, że potem pożałują swojej decyzji.
Nie komentując ich postawy kapitan wziął jedną z pochodni do ręki i oświetlił napis nad drzwiami, który przeczytał pewien majtek:
– „Karczma na Wyżynie Czaszki”.
Bez głębszego zastanowienia kapitan dotknął klamki i otworzył drzwi, po czym wraz z mędrcem i trzema ocalałymi przekroczył próg karczmy. Jak się później dowiedzieli, swoim wejściem wzbudzili powszechną sensację.
Stali na samym środku ruchliwej karczmy, a na nich padły wszystkie spojrzenia tubylców – nawet właściciela lokalu, wyglądającego zza lekko uchylonych drzwi za barem.
Stojący za ladą barman pierwszy do nich zagadał. Po japońsku.
– Podać coś szanownym gościom?
Na co odparł, jedyny znający język japoński, mędrzec:
– Trzy sake i po paczce sushi na głowę. Jesteśmy zmęczeni po ciężkiej podróży.
– Rozumiem – odpowiedział uprzejmym tonem barman, uśmiechając się, gdyż wyczuł po akcencie i doskonałej znajomości języka, że rozmawiał z rodowitym Japończykiem. – Już idę zawiadomić kuchnię.
Prawdę mówiąc, mędrzec nie skłamał. Nie licząc dojścia tutaj, dodatkowo odczuwali jeszcze zmęczenie po poprzedniej nocy. Odbyli bowiem srogą potyczkę z Japończykami w prefekturze Yamaguchi, zdobywając skarby i podpalając tamtejszą świątynię. Jednakże nie wykonali tego szybko i efektownie, tak jak zamierzali, lecz z dużą zwłoką, gdyż mieszczanie okazali się być nieustraszeni i dzielnie stanęli do walki na śmierć i życie.
Nie minęło nawet pięć minut, kiedy zjawił się kelner z zamówieniem. Wtedy jeden z majtków nie wytrzymał i szturchnął mędrca, aby ten przekazał jego pytanie kelnerowi.
– O co chcesz spytać, chłopcze? – zapytał mędrzec spokojnie, utknąwszy w nim łagodne spojrzenie potulnego baranka, dając majtkowi do zrozumienia, że nie ma się czego bać. W końcu kto pyta, nie błądzi.
Chłopak wziął się na odwagę i rzekł:
– Czy nad tą wioską ciąży jakaś klątwa?
Mędrzec zląkł się, podobnie jak pozostali. Tego pytania się nie spodziewał, choć i tak je przetłumaczył po japońsku obsłudze karczmy. Wówczas ponownie wzbudzili sensację, jakby byli okazami pradawnego zwierzęcia zaliczanego do zaginionych w ZOO. Wokół nich ponownie na twarzach zgromadzonych było widać ogólny strach mieszający się z paniką na samo wspomnienie o klątwie. Strach tak zaraźliwy, że udzielił się kelnerowi i gościom karczmy.
Właściwie kelner chciał już odpowiedzieć, lecz powstrzymał go szef, kładąc mu dłoń na ramieniu. Swoją drogą, nikt nie spostrzegł, kiedy właściciel lokalu do nich podszedł. Uczynił to niepostrzeżenie niczym mara nocna, co przeraziło pewnego majtka, który był już w najgorszym z możliwych stanie psychicznym. Młodzieniec jak oszalały wybiegł z karczmy gdzie pieprz rośnie.
Piratów została czwórka – kapitan, mędrzec i dwóch majtków. Gospodarz zmierzył każdego ostrożnie wzrokiem. Wówczas starzec pomyślał o wykonaniu jakiegoś znaku, aby wzbudzić zaufanie zgromadzonych. Z tej przyczyny pokazał odznakę honorową Angielskich Sił Morskich dla zasłużonego geografa, żeglarza i pirata na usługi rządu. Oczywiście był to falsyfikat, kupiony na rynku wtórnym w Anglii, lecz większość ludzi połykała ten haczyk. Posłał znaczącym grymas kapitanowi i pozostałym z załogi, aby również okazali podrobione odznaki.
Podziałało. Właściciel spojrzał na nich uprzejmiej. Po chwili odpowiedział na pytanie majtka:
– Krąży legenda, że na obszar wodny dookoła Japonii pewien czarnoksiężnik rzucił klątwę na każde uczynki, osoby i przedmioty powiązane ze złem. Mówi się, że kiedy ktoś znający treść tej klątwy wymówi ją po raz drugi, z powierzchni ziemi zniknie wszelakie zło, a w szczególności piraci i grabieżcy. Tych u nas jest aż za wiele…
Piraci zlękli się. W załodze służyły osoby bardzo młode, dwudziestoparoletni mężczyźni, kapitan był nieco od nich starszy oraz mędrzec, któremu nie brakowało wigoru – każdy z nich pragnął jeszcze żyć.
Właściciel lokalu spostrzegł ich niepokojące zachowanie i nabrał podejrzeń, lecz nic nie dopowiedział i wrócił do swoich zajęć. Zniknął za drzwiami dla personelu, znajdującymi się za barem, a piraci śledzili wzrokiem każdy jego krok do momentu przekroczenia progu. Kelner również odszedł od stolika, przy którym niedzieli piraci, i zajął się swoimi rutynowymi obowiązkami. W karczmie grajkowie ponownie zaczęli bawić się muzyką. Z kolei piraci, markotni i zgłodniali, rzucili się do pałaszowania swoich paczuszek z sushi. Jedzenie pałeczkami wyszło im niechlujnie, gdyż robili to po raz pierwszy, nie licząc pochodzącego z Japonii byłego samuraja, który wykonywał to z wrodzoną precyzją.
Kiedy już skończyli, nagle rozwarło się okno po ich prawej i zaszumiała okropna wichura zwiastująca coś większego. Stojący najbliżej majtek powstał i wyjrzał na zewnątrz. Muzyka gwałtownie ucichła. W karczmie słychać było tylko wołania pirata i pieśń nuconą przez nikczemne siły przyrody.
– Ciemne chmury się zbierają! Ciemne chmury od strony morza! Fale się zwiększają! Sztorm nadchodzi! Burza! Tsunami!
Wszyscy naokoło się zlękli. Niedawno co przeżyli trzydniowe, okropne tsunami, które pochłonęło większość wioski, całe rodziny, aby teraz, w znacznie bardziej znikomej grupie, mieli się mu poddać?
Za niedługo, również z trzaskiem, otworzyły się drzwi dla personelu. Wyszedł z nich nie kto inny jak właściciel karczmy, przebrany w jakieś dziwne szaty maga, z talizmanem w prawej ręce. Naraz wszyscy Japończycy zaczęli z odrazą i przerażeniem uciekać z pokoju. Pozostał jedynie mędrzec z piratami, którzy nie wiedzieli, co ich czeka. Wszyscy powstali osłupieni.
– Nie bójcie się, przyjaciele – szepnął im starzec dla otuchy, choć ciężko było jej teraz zaznać. Na niebie kłębiło się coraz więcej burzliwych chmur, zaczynających swoją straszliwą melodię. Morze z chwili na chwilę coraz bardziej dziczało, a w kierunku załogi zbliżał się właściciel karczmy. Po tych słowach starzec stracił głos, gdyż mag mu go odebrał. Przynajmniej tymczasowo…
– I tak już za dużo odpowiedziałeś, Mithlandirze. Dołącz do przyjaciół, stoją przy wejściu do karczmy.
Starzec odparł mu skinieniem głowy, po czym wyszedł.
– Piraci! Mordercy! Panowie mórz! Postrach Japończyków! To, kim naprawdę jesteście! Myślicie, że nie wiem, co to za krwistoczerwona bandera na maszcie Błyszczącej Bestii? Myślicie, że nie słyszałem o tym statku? Nic, co związanego z morzem, nie umknie mojej uwadze. W końcu jestem Magiem Mórz!
Nagle w pokoju zrobiło się przerażająco ciemno, zgasły wszelkie pochodnie. Tylko jedna wciąż świeciła. I tę oto chwycił kapitan, aby ustrzec się przed dalszymi działaniami maga.
I oto ręce maga zniknęły, a zamiast nich, spod rękawów, pojawiły się łańcuchy, które oplotły ciała piratów dookoła. Śmiał się wniebogłosy, podczas kiedy dwaj majtkowie szamotali się niczego nieświadomi. Niechcący kapitanowi wypadła z ręki pochodnia. Złapał ją mag i wyszedł, dołączając do pozostałej jedenastki.
Po chwili usłyszeli, jak z morza uchodzi ogromny plusk. Wtedy też zatrzęsło karczmą, a w jej oknie pojawiła się ogromna macka. Z głośnym tupetem zaczęła plądrować wnętrze lokalu, aż w końcu napotkała związanych w łańcuchy piratów. Lepką substancją przykleiła ich do siebie, po czym wyjęła z karczmy. Oczom piratów ukazał się Kraken we własnej postaci, a jego olbrzymia paszcza, wypełniona ostrymi jak brzytwa zębami, zbliżała się do nich. Potem było słychać tylko jęki, strasznie krzyki i błagania konających piratów, aż w końcu ucichli. Morze powoli się uspokajało, a burza – zaczęła słuchać słów mędrca.
– Oto my, Magowie Porządku na Świecie, składamy ci, o Wielki Krakenie, ofiarę z prawdziwych piratów i prosimy, abyś opuścił nasze morza i oceany!
I tak też się stało. Od tego momentu na świecie już nigdy nie pojawił się żaden Kraken, piractwo straciło swój blask, a magowie, niepotrzebni już, odeszli, zostawiając jedynie za sobą ład i porządek na świecie.
Redakcja Kamila Mendrok
Grafika Emilia (Tosia) Suszek
