Skrawki

pierzyna ubrudzona w słowa
sen może stać się echem rozkoszy ciszy,
zakorzeniona w niej prawda krząta się u schyłku NREM i REM
całując mosiężną rękę piaskowego Pana,
na kolanach dzisiejszej nocy będziemy się z tego spowiadać
wraz z przebudzeniem zabiedzonego żołądka
narasta pytanie, czego ze swych snów dowiedzieć się pożądam
pomagają mi zapamiętane malunki
o stanie nieważkości i piętach w ołowianym obuwiu
niepojęta śmierć i abstrakcyjne choróbsko
oblepiają benzyną mój krwiobieg, żebra i usta
drapiący krtań zza potrzaskanego lustra przez zamknięte uszy słychać tylko świst
odwaga nie jest słowem, które da się wydusić,
gdy gardło owija lepka, zatopiona w cieczy pępowina
zamiast tego można wysnuć czerstwą damę Santiego
pełną powagą i myślą, by tę noc przeżyć i nie zgnić niczym chleb
Twoją biadą będę zadręczał i stękał w pogardzie pożegnalną mowę,
nim świt nastanie rozbudzę w pełni swój umysł
a z chropowatych warg wypłyną pragnienia tak obskurne i aroganckie,
że dzisiejszej nocy spotkanie naszych zaropiałych spojrzeń wspominać będę z czystą satysfakcją
przed poranną spowiedzią z doznań, pojmę, żeś Ty – Ty mą marą i krętaczem,
odbierając to, co z głowy, zabrałeś żale i rozpacze
z mego życia wygrzebałeś wszystek moich zwierzeń, pozostawiłeś urwisko i wypustkę na duszy,
odebrałeś moje smutki i pozostałem po kres w snach, w których nie ma nic, prócz pustki
jedyne męczarnie doskwierające w moich dziwacznych, nocnych wizjach,
my mijamy się na ulicy niczym dobrzy przyjaciele
przymykamy potworne dziury, widniejące jak obraz na naszych twarzach,
bez zaangażowania, emocji i wzruszeń
w prawdzie to, co kiedyś było moje, to Ty, potworze, czysta pierzyna i ten malunek przeklęty,
moja swoboda z chwałą przyjęta przez zakamarki myśli
są po dziś dzień wyryte plamą potu, zakreślone w słowa, w wiersz żałobny
– zapamiętam Ciebie jako mojego zbawiciela i mordercę
Redakcja Wero Łęska
Grafika Wero Łęska
